Dziękujemy za odwiedzenie Facebooka. Wiemy, że zakończyliśmy w trudnym dla nas momencie. To, co zaraz przeczytasz, to cała historia naszych przeżyć. Prawda, która za tym wszystkim stoi.
Mara poruszała się z nonszalancką sprawnością kobiety, która wiedziała, co górski klimat potrafi zrobić z nieprzygotowanymi. Zamknęła oborę dla kóz, wytaszczyła na werandę ostatni ładunek porąbanego drewna sosnowego, sprawdziła okiennice i właśnie miała otworzyć ciężkie dębowe drzwi, gdy go usłyszała.
Początkowo myślał, że to objaw wiatru.
Potem wrócił, cienki i ochrypły pod narastającym wyciem. Koń. Nie nieustanne parskanie zwierzęcia szukającego schronienia, ale przeraźliwy, przerażony krzyk czegoś uwięzionego i przestraszonego. Mara zamarła z ręką na klamce. Śnieg już sypał się bokami po polanie, rozbielając ziemię gwałtownymi smugami. Każdy rozsądny człowiek zamknąłby drzwi. Każdy rozsądny człowiek powiedziałby sobie, że być może się myli.
Jednak uzdrowiciele rzadko zachowują jasność umysłu, gdy przyciąga ich ciemność.
Zdjął z wieszaka płaszcz z bawolej skóry, zakrył usta i nos szalikiem, chwycił latarnię oraz zwój liny i wyszedł na werandę wprost w burzę.
Zimno przyszło niczym policzek.
W ciągu kilku sekund jej spódnice przemokły aż po rąbek. Wiatr smagał jej ramiona, jakby próbował ją odwrócić. Poddała się sile wiatru i podążała za krzykami w dół zbocza, w stronę ścieżki na grzbiecie. Świat zwęził się do migoczącej bieli i migoczącego bursztynowego kręgu jej latarni. Sosny pojawiały się i znikały. Skały pod jej butami w ostatniej chwili niczym szeptane groźby.
Gdy dotarł na skraj wąwozu, zobaczył to.
Wóz zjechał z drogi i rozbił się w połowie zbocza, między dwoma głazami. Koło bezużytecznie obróciło się w powietrzu. Koń, kasztanowaty wałach z zamarzniętą pianą na szyi, wciąż tkwił w lejcach, walcząc z odłamkami. Mara przywiązała linę do sosny na szczycie grzbietu i ruszyła w dół, ślizgając się w butach, a gałęzie drapały ją po futrze. Zanim dotarła na dół, jej palce były zdrętwiałe, mimo rękawiczek.
„Spokojnie!” krzyknął do konia, choć wiatr rozrywał to słowo na strzępy.
Przecięła liny nożem. Wałach wyrwał się z trudem, trzęsąc się tak mocno, że aż trzęsły mu się boki, ale żył.
Następnie zwrócił się w stronę cienia pod przewróconym wozem i zobaczył mężczyznę.
Opierał się o korzenie sosny, częściowo osłonięty śniegiem. Początkowo myślała, że nie żyje. Jego twarz była blada, niebieskawo-biała w świetle latarni, ciemne włosy oblepione lodem, rzęsy pokryte szronem. Miał na sobie tylko przemoczoną bawełnianą koszulę. Bez płaszcza. Bez czapki. Bez rękawiczek.
Wtedy Mara zrozumiała dlaczego.
Jego ciężki wełniany płaszcz otulał dwa małe ciała tulące się do jego piersi.
Uklękła tak szybko, że śnieg przemoczył jej sukienkę do kolan. Unosząc rąbek płaszcza, zobaczyła dwie dziewczynki wpatrujące się w nią wielkimi, ciemnymi oczami. Bliźniaczki, może pięcioletnie. Ich policzki były spierzchnięte i zaczerwienione, loki wilgotne od roztopionego śniegu, a ich małe rączki ściskały zamarzniętą koszulę mężczyzny, który je trzymał, nawet gdy były nieprzytomne.
Dziecko wyciągnęło drżące palce w stronę Mary.
„Tata się nie obudzi” – wyszeptała.
Przez chwilę Mara poczuła, jak serce jej zamarło ze współczucia. Mężczyzna zdjął płaszcz podczas zamieci, bo hipotermia sprawiła, że poczuł ciepło. Oddał dziewczynkom swoje ostatnie ciepło.
Przyłożył dwa palce do jej gardła.
Odnotowano bicie serca, słabe i nieregularne, ale obecne.
„Nie dzisiaj” – powiedziała Mara z mocą, zwracając się zarówno do śmierci, jak i burzy. „Dziś jej nie doświadczysz”.
Sprowadzenie ich z powrotem wąwozem powinno być niemożliwe. Mara wiedziała to jeszcze przed wyruszeniem. Zbocze było śliskie, śnieg gęstniał, a światło gasło. Jednak niemożność ma niewielki wpływ na kobietę, która jest przekonana, że znajdą się ocaleni.
Wyrwał deski z rozbitego wozu, związał je liną jak prymitywne sanki i zaciskając zęby, wtoczył mężczyznę na nie. Wkładał dziewczyny po kolei pod płaszcz, jednocześnie zapinając prowizoryczną uprząż wokół pasa. Pierwsze podejście niemal ją powaliło na kolana. Drugie zaparło jej dech w piersiach. Przy trzecim przestała liczyć. Po prostu pochyliła się do przodu, wbiła buty w skałę i ciągnęła.
Bliźniaki nie płakały. Może były zbyt przestraszone, albo za bardzo zmarznięte, albo zbyt wyczerpane. Pewnego razu, gdy Mara ciągnęła sanie jeszcze kilka metrów, jedno z nich zapytało słabym głosem: „Czy umrzemy?”.
„Nie” – powiedziała Mara, choć wiatr próbował zagłuszyć to słowo. „Dopóki mam ręce”.
Pokonanie dystansu, który w pogodny dzień zająłby dziesięć minut, zajęło ponad godzinę. W końcu jednak chata wyłoniła się z mroku, a złocisty blask lampy sączył się przez okiennice niczym obietnica. Mara przeciągnęła sanki przez próg, kopniakiem zamknęła za sobą drzwi, a nagła cisza była tak absolutna, że dzwoniła jej w uszach.
Wtedy przejęła nad nią kontrolę jej uzdrowicielka.
Wbrew sobie, prawie się uśmiechnął. „Możesz myśleć inaczej, ale ceną, którą płacisz, nigdy nie są pieniądze”.
To nie była cała prawda. Mara zrozumiała to od razu. Jednak ta półprawda bolała ją na tyle, że nie drążyła tematu. Osoba, która o mało nie zamarzła na śmierć, zasługiwała przynajmniej na dzień łaski.
Z powodu śniegu pozostali na górze przez kolejny tydzień.
Do tego czasu Daniel potrafił już stać, potem chodzić i w końcu nalegać na pomoc. Mara obudziła się pewnego ranka przy rytmicznym uderzeniu siekiery i wybiegła na zewnątrz, gotowa go zbesztać, ale zastała go przy stosie drewna, ubranego w pożyczony płaszcz, rąbiącego polana płynnymi, sprawnymi ruchami. Przechylał się na bok, ale wciąż robił postępy.
„Powinieneś już wracać do zdrowia” – powiedział.
Oparł głowicę topora o pień i spojrzał na nią z udawaną niewinnością. „A co, jeśli rąbanie drewna byłoby częścią mojej duchowej podróży ku uzdrowieniu?”
„Nie wyglądasz na osobę o dużym doświadczeniu duchowym”.
„To było zanim poznałem kobietę, która zaciągnęła mnie na górę”.
Odpowiedź była lekka, ale coś rozgrzało jej serce, zanim zdążyła to powstrzymać.
Bliźniaczki, niegdyś ciche i nieśmiałe, ożyły, jakby odwilż zaczęła się w nich wcześniej. Lila i June podążały za Marą wszędzie, zadając jej pytania z nieustępliwą powagą. Dlaczego dziewanna jest owłosiona? Dlaczego Otis tak okropnie pachnie? Dlaczego wrony są inteligentne? Czy zupa może uleczyć smutek? Mara odpowiadała najlepiej, jak potrafiła, ucząc je łuskać fasolę, robić pęczki tymianku i ustawiać kubki w miejscach, gdzie Otis nie mógł ich dosięgnąć. Wieczorami dziewczyny siadały po obu jej stronach, a Daniel obserwował je z fotela z dziwnym wyrazem twarzy, mieszanką zdumienia, bólu i tęsknoty za czymś, o co nie wiedział, jak poprosić.
Pewnego wieczoru, gdy dzieci zasnęły na strychu, Mara usiadła przy stole i zaczęła miażdżyć liście żywokostu, żeby zrobić kompres. Jej palce były poplamione zielenią i brązem, a kostki zaczerwienione od zimna i zmęczenia. Zauważyła, że Daniel patrzy na nią, nie roztargnionym wzrokiem, ale z intensywnością, która przyspieszyła bicie jej serca.
„Patrzysz na mnie” – powiedziała.
"Ja wiem."
„To niegrzeczne.”
"TAK."
Mimowolnie podniosła wzrok. „I co z tego?”
„I pomyślałem” – powiedział cicho – „że dorastałem w otoczeniu kobiet, które chwalono za delikatne dłonie. Dłonie, które trzymały filiżanki, rękawiczki i zaproszenia. Dłonie chronione przed słońcem, pracą i żywiołami, jakby użyteczność była powodem wstydu”.
Wstał i podszedł do stołu. Blask ognia rzucał brązowy odcień na jego skórę i cień na szczęce. Pozostał blisko, ale nie wyglądał na zarozumiałego.
„Twoje dłonie” – powiedział, patrząc na moździerz i tłuczek, liście, swoje szorstkie palce – „wydobyły moje córki z grobu. Robiły lekarstwa z korzeni, jadły obiad z resztek i chroniły się w czterech ścianach podczas burzy. Chyba nigdy nie widziałem niczego piękniejszego”.
Mara kiedyś myślała, że przestała się rumienić. Okazało się, że po prostu nie usłyszała właściwego głosu.
Spuściła wzrok, bo patrzenie na niego wydawało się niebezpieczne. Tak właśnie samotność zdradza ludzi, powtarzała sobie. Przyodziewa przelotne pocieszenia w szaty trwałości. Ale ostrzeżenie nie powstrzymało ciepła przed rozprzestrzenianiem się.
Dwa dni później pogoda poprawiła się na tyle, że podróż stała się możliwa, a ciepło zostało wystawione na próbę.
Mara wyczuła zmianę w Danielu, zanim jeszcze się odezwał. Gdy droga schodząca w dół grzbietem zaczęła się otwierać, ogarnęło go uczucie niepokoju niczym starego komornika. Stał długo przy oknie. Jego ramiona zesztywniały. Wzrok powędrował w przestrzeń.
„Powinniśmy wyjechać jutro” – powiedział w końcu.
Te słowa uderzyły ją mocniej, niż się spodziewała. Mara kontynuowała mieszanie wody w garnku na kuchence. „Ledwo się zagoiłaś”.
„Wystarczająco się wyleczyłem”. Zrobił pauzę. „Im dłużej tu zostaniemy, tym większe zagrożenie stwarzam”.
Znów to samo. Nie pieniądze. Nie przypadkowi wrogowie. Niebezpieczeństwo z twarzą i pamięcią.
Mara chciała od razu zapytać go o wszystko. Zamiast tego spakowała jedzenie na podróż, zaszyła ostatnią dziurę w rękawiczce June i nie powiedziała nic, co do czego nie była pewna, czy potrafiłaby powiedzieć spokojnie.
Do starcia doszło następnego ranka, zanim zdążyli wyjechać.
Gałązka trzasnęła w pobliżu sosen rosnących na polanie. Mara odwróciła się gwałtownie, chwyciła karabin stojący obok drzwi i wycelowała w linię drzew. Daniel się nie poruszył. Zbladł w sposób, który – jak teraz zrozumiał – nie miał nic wspólnego z zimnem.
Z lasu wyłoniło się trzech jeźdźców, a potem dwóch kolejnych pieszo. Byli to Apacze, ubrani do górskich wędrówek w wełnę, skórę i praktyczną odzież warstwową. Ich karabiny wciąż wisiały na ramionach, nie wycelowane. Najstarszy z nich zatrzymał się w pełnej szacunku odległości, spojrzał na Daniela i skłonił głowę.
„Młody panie” – powiedział spokojnie. „Twój ojciec wywrócił do góry nogami pół kraju, szukając cię”.
Karabin lekko przechylił się w dłoniach Mary.
Młody dżentelmen.
Powoli odwrócił się w stronę Daniela. Jego twarz miała wyraz człowieka, który jest świadkiem zawalenia się ostatniego muru między światami.
„To nie bandyci” – powiedział ochryple. „To zwiadowcy z Red Mesa Holdings”.
Nazwa rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy. Wszyscy w północnym Nowym Meksyku znali Red Mesa. Nie było to tylko imperium hodowców bydła, ale sieć koncesji na wypas, praw do drewna, umów przewozowych i wpływów politycznych obejmujących całe hrabstwa. Zostało zbudowane przez patriarchę Apaczów, który znał zarówno starożytne tradycje, jak i współczesną władzę zbyt dobrze, by pozwolić się im zignorować. Mówiono, że jego wnuk miał odziedziczyć wszystko.
„Nie jesteś zwykłym Danielem” – powiedziała Mara.
„Nie” – odpowiedział. „Nazywam się Daniel Nantan”.
Znał to nazwisko.